Hania Usarewicz-Sacher

Kiedy okazało się, że zostałam przyjęta do „ósemki”, uchodzącej w tamtych czasach (to już ponad 12 lat temu…!) za szkołę sportową o dość słabym poziomie, niektórzy moi znajomi patrzyli na mnie z pobłażaniem. Nie spodziewałam się, że będę tę szkołę tak dobrze wspominać, szczególnie moją świetną, przesympatyczną klasę (mówię to bez ironii…!) oraz nauczycieli, których nigdy nie zapomnę – nauczyciela języka polskiego Przemysława Pomorskiego, zwanego „Pomorem” oraz nauczycielkę języka angielskiego, Joannę Grajecką, zwaną… no cóż, po prostu Grajecką.

Po maturze (a byliśmy rocznikiem „eksperymentalnym”, który jako pierwszy zdawał maturę w nowym trybie), miałam zdawać na ASP. Przeżywałam jednak wtedy swoisty sturm und drang, więc zbuntowałam się, zrezygnowałam z uciążliwych i monotonnych lekcji rysunku i malarstwa przy sztalugach, wprawiłam w zdumienie w całą rodzinę i postanowiłam zdawać na filmoznawstwo na UJ. Nie zdałam jednak na ten kierunek ze względu na nie dość dobrą maturę, i dostałam się na polonistykę – też na Uniwersytet Jagielloński. To jednak nie był mój wymarzony kierunek, raczej przypadkowy. Po roku, i spektakularnie oblanej sesji egzaminacyjnej, postanowiłam przenieść się do Opola, do Instytutu Sztuki, na kierunek o zawiłej nazwie Edukacja Artystyczna w Zakresie Sztuk Plastycznych. Najwyraźniej odezwała się we mnie zapomniana na rok żyłka plastyka, lecz wkrótce okazało się, że to wciąż nie był właśnie TEN, wyśniony kierunek studiów.

W Opolu zafascynowałam się teatrem, chodziłam na wszystkie możliwe spektakle do Teatru Kochanowskiego, występowałam i uczyłam się amatorskiego aktorstwa w Teatrze Piktogram, a przez wakacje „pracowałam” jako statystka w gdańskim Teatrze Wybrzeże za dyrekcji Maćka Nowaka (którego wspominam, ponieważ parę lat temu miałam okazję dla niego pracować). To właśnie wtedy postanowiłam, żeby związać swoją przyszłość z teatrem, ale nie z reżyserią czy aktorstwem, tylko pracą i tworzeniem w i dla teatru w ogóle. Postanowiłam zdawać do Warszawy, do Akademii Teatralnej na Wydział Wiedzy o Teatrze. Udało się, czym załamałam moich rodziców, ponieważ trzeci raz zmieniałam kierunek studiów.

Już na studiach mocno zaangażowałam się w współtworzenie rozmaitych eventów, festiwali i innych wydarzeń związanych z teatrem. Ze względu na ówczesnego chłopaka, studiującego w Czechach, nauczyłam się języka czeskiego i stałam się uczelnianym „specjalistą” od teatru czeskiego. Pracę magisterską napisałam o nieznanym w Polsce czeskim poecie, dramaturgu i prześmiewcy Egonie Bondym, tłumacząc setki stron oraz jego dramaty z języka czeskiego właśnie. Jeszcze na studiach zaangażowałam się w tworzenie festiwalu czeskich teatrów alternatywnych, jednakże przedsięwzięcie padło, ponieważ w ostatniej chwili wycofał się sponsor strategiczny i zwyczajnie zabrakło mi pieniędzy na realizację projektu. W międzyczasie publikowałam w prestiżowym czasopiśmie teatralnym „Teatr” (współpracuję z nimi do dzisiaj), byłam redaktorką działu teatralnego w czasopiśmie biznesowym i brałam udział w niezliczonych artystycznych wolontariatach. Byłam też asystentką Kasi Adamik (córki Agnieszki Holland), z którą pracowałyśmy nad adaptację powieści o Czechach autorstwa Mariusza Szczygła.

Tuż przed obroną pracy magisterskiej urodziłam córkę, moją śliczną i cudownie utalentowaną Lenkę (co ciekawe, to również czeskie imię). Po obronie od razu zaczęłam pracę w Teatrze Narodowym – spełniłam swoje „przedstudenckie” marzenie, pracowałam w dziale literackim tej najbardziej prestiżowej placówki teatralnej w Polsce, pracowałam przy Festiwalu Szkół Teatralnych oraz Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Miałam wówczas okazję poznać osobiście m.in. Danutę Stenkę, Jana Englerta, Jana Frycza, Janusza Gajosa, Zbigniewa Zamachowskiego, Borysa Szyca, Wojciecha Malajkata czy Annę Seniuk. Ponieważ w Narodowym miałam etat na zastępstwo, po roku musiałam zwolnić stanowisko i przez pewien czas pracowałam w Agencji Teatralnej ADiT oraz studiowałam wizaż i charakteryzację w Międzynarodowym Studium Dziewulskich, ponieważ ponownie znać mój plastyczny l’esprit. Zaczęłam równocześnie pracować jako charakteryzatorka, ilustratorka oraz tłumaczka z języka czeskiego. Po jakimś czasie z przyczyn prywatnych odeszłam z agencji i zakotwiczyłam na wspaniałe dwa lata w redakcji miesięcznika… „Przyjaciel Pies”. Co raz mniej czasu miałam na teatr, który jest bardzo wymagającym żywiołem, któremu trzeba poddawać się wieczorami i w weekendy, a jako mama małego dziecka po prostu nie miałam na to czasu i możliwości. W końcu formalnie „zerwałam” z teatrem, zaczęłam się spełniać jako publicystka, redaktorka, tłumaczka i copywriterka. Odeszłam z redakcji, by zatrudnić się jako specjalista od marketingu i PR-u w największej w Warszawie szkole wizażu i charakteryzacji. Ponieważ równocześnie coraz więcej czasu zaczęłam poświęcać na pracę przy projektach mojego narzeczonego, który jest fotografem i producentem artystycznym teledysków, zdecydowałam się na porzucenie etatu i od tego roku funkcjonuję jako freelancer. I całkiem mi z tym dobrze. Pracuję jako publicystka, tłumaczka, ilustratorka, wizażystka. Zajmuję się domem, szyję ciuchy i wychowuję córkę, a w wolnych chwilach jako rzemieślniczka Tarantoga Art Dolls rzeźbię niezwykle skomplikowane art dolls – lalki artystyczne przedstawiające fantastyczne zwierzęta, i sprzedaję je na Zachodzie.

Z ostatnich „nowości” z moim życiu mogę wyliczyć to, że jestem świeżo po zaręczynach, moja córka jest już w „średniakach” w przedszkolu, żyjemy i pracujemy w Warszawie – już prawie 10 lat. W planach mam rozszerzenie działalności jako twórczyni art dolls na cały świat, i dalszą pracę przy teledyskach. Dziwną zatem przeszłam drogę, od kujona na polskim i domorosłej malarki murali na korytarzu w LO VIII (ciekawe, czy muminki albo beefeater wciąż istnieją…?), przez teatrologa i niedoszłej malarki, po dekoratorkę na planie teledysków gwiazd disco-polo czy wizażystkę Rafała Brzozowskiego i rzeźbiarkę fantastycznych zwierzątek. Mimo to wciąż zdarza mi się czule – naprawdę czule! – wspominać „ósemkę”, moją klasę i nauczycieli. Wszystko to przede wszystkim ze względu na dosłownie paru nauczycieli, którzy mieli na tyle otwartości na nas, tych kilkunastoletnich dzieciaków, że pozwalali na własne myślowe eksperymenty i nauczyli się czegoś ciekawego. I że mimo że szkoła miała kiepską opinię, to fajne środowisko pozwoliło na swobodne rozwinięcie skrzydeł. Bardzo się cieszę, że uczyłam się w „ósemce”, a z niektórymi kolegami/koleżankami z klasy widuję się do dziś.

Z serdecznymi pozdrowieniami

Hania